Harley i Joker w Świnoujściu. Więcej niż przebranie
16 wrz 2026
Wakacje za nami, ale pewne wydarzenia warto powspominać. Jednym z ciekawszych akcentów była niewątpliwie wizyta Edwarda Warchockiego, który postanowił odwiedzić Świnoujście. Tuż za jego plecami pojawili się szaleni Harley i Joker. A wraz z nimi równie nietuzinkowa historia związana z wyspami. Mieliśmy okazję ją poznać. I przyznajemy. Jest o czym opowiadać!
Za szalonymi Harley i Jokerem kryje się małżeństwo, które od ponad 20 lat idzie przez życie z uśmiechem, dystansem i przekonaniem, że można być jednocześnie odpowiedzialnym i trochę zwariowanym. A wszystko zaczęło się przez… psa. Był rok 2001. Wakacje. Pensjonat w Poroninie. Marta przyjechała ze Świnoujścia, Radek z Krakowa. Oboje mieli po 16 lat. Co ciekawe, Radek najpierw zwrócił uwagę… na psa odpoczywającego na balkonie pensjonatu. Dopiero chwilę później zauważył Martę. Rodzina Marty znała właścicieli pensjonatu, dlatego wieczorami wszyscy spotykali się w stołówce. Rozmowy, śmiech, wspólne gry i wygłupy szybko sprawiły, że zaczęli spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Pewnego dnia Radek przyszedł z bratem i kolegami, później był wspólny spacer i… coś, czego żadne z nich wtedy się nie spodziewało.
Po jego wyjeździe do domu Marta dostała SMS-a, którego pamięta do dziś: „Choć mało się znamy i mało o sobie wiemy, to jednak zdążyłem zakochać się w Tobie.”
– Od początku był bajerantem – śmieje się Marta. – Potrafił pięknie mówić, kiedy chciał coś osiągnąć. Ale ja chyba od razu wiedziałam, jaki jest. I właśnie to mnie w nim bawiło.
Kilometry nie wygrały
Po wakacjach każde wróciło do swojego miasta. Marta do Świnoujścia, Radek do Krakowa. Kontakt był sporadyczny, a największym przeciwnikiem okazała się odległość. Najtrudniejszy okazał się zwyczajny brak bliskości. W 2004 roku Marta wyprowadziła się do Torunia na studia. Rok później Radek przeprowadził się tam z Krakowa. Plan od początku był jeden – po studiach wrócić do Krakowa. Życie miało jednak własny scenariusz. Dobra praca sprawiła, że zostali w Toruniu prawie dziesięć lat. Tam wzięli ślub w 2009 roku i tam urodził się ich pierwszy syn. Do Krakowa przeprowadzili się w 2014 roku. W 2017 roku na świat przyszedł ich drugi syn.
Normalność? Nie bardzo….
Jeśli ktoś myśli, że zawsze byli rozsądni, raczej szybko zmieni zdanie. Jedną z historii, z których śmieją się do dziś, jest spontaniczna wyprawa Marty. Pracowała wtedy przy sprzedaży perfum i… zamiast po pracy wrócić do domu, razem z koleżanką złapała stopa do Krakowa, żeby zrobić Radkowi niespodziankę.
– Mina Radka była bezcenna – śmieje się Marta. – Nigdy nie byliśmy parą, która siedzi na kanapie i zastanawia się, co powiedzą inni. Jeśli mamy pomysł, to najczęściej po prostu go realizujemy.
Crazy Never Serious
Dziś wspólnie prowadzą firmę i rozwijają projekt Crazy Never Serious. Organizują nietypowe atrakcje, pojawiają się na wydarzeniach i udowadniają, że dobra zabawa może iść w parze z klasą i szacunkiem do ludzi. Marta dodatkowo jeździ Uberem. Jak sama mówi, nie jest to dla niej tylko sposób na zarabianie.
– To nasza jeżdżąca wizytówka. Nigdy nie wiadomo, kto wsiądzie do samochodu. Ale jedno wiem na pewno – chcę, żeby wysiadł z lepszym humorem, niż do niego wsiadł – zapewnia.
Radek na co dzień pracuje jako handlowiec w branży narzędziowej, a po pracy razem rozwijają swoją markę.
To nie są kostiumy
Pytanie o Harley i Jokera słyszą niemal codziennie.
– To nie jest przebranie. To po prostu my. Ja jestem zadziorna i waleczna. Radek bywa tajemniczy, czasem trochę creepy, ale oboje najlepiej czujemy się właśnie wtedy, kiedy możemy być sobą – wyjaśnia Marta.
Nie planowali stworzenia wizerunku. On po prostu wyrósł z ich charakterów.
– Nie chcemy być idealni. Chcemy być prawdziwi. Z wadami, z pomysłami czasem totalnie od czapy i z ogromną ilością śmiechu. Bo właśnie to jesteśmy my – przekonują.
Dla Marty i Radka Crazy Never Serious nigdy nie było tylko nazwą projektu. To sposób patrzenia na świat.
– Crazy Never Serious nie powstało po to, żeby ludzie patrzyli na nas. Powstało po to, żeby po spotkaniu z nami patrzyli trochę inaczej na siebie. Żeby przypomnieli sobie, że też kiedyś robili spontaniczne rzeczy, śmiali się bez powodu i nie bali się opinii innych – wyjaśniają.
Ich marzenie? Nie liczby, zasięgi ani popularność. Po prostu to, żeby ludzi było stać na więcej uśmiechu, życzliwości i odwagi do bycia sobą.
– Jeśli po spotkaniu z nami ktoś wróci do domu z uśmiechem, to wygraliśmy. Nie mierzymy sukcesu liczbą obserwujących. Mierzymy go liczbą ludzi, którym poprawiliśmy dzień – przekonują.
W Świnoujściu spotkanie z Łukaszem z Dronoujścia miało zaowocować materiałem filmowym, przy okazji miał powstać krótki fotograficzny backstage. Na kilku zdjęciach się nie skończyło. Zrobiły się z tego dwa dni fotografowania, sporo śmiechu i dużo więcej kadrów, niż ktokolwiek planował. W Świnoujściu szybko znaleźli się ludzie i miejsca otwarte na ich pomysły. Dzięki gościnności wyspiarzy zdjęcia powstały w Forcie Anioła, wieży dawnego kościoła Lutra, na promach Bielik i Karsibór. Trochę spontanicznie, trochę na wariackich papierach, z dużą ilością dobrej energii. I zostały fotografie. Kolorowe, trochę szalone, wakacyjne: o spotkaniu, człowieku, ciekawości, radości. O ludziach, którzy przyjeżdżają na wyspy i tych, którzy po latach wracają w swoje strony. Wyszło z tego całkiem fajne wspomnienie ze Świnoujścia. Zobaczcie sami!
Tekst i foto: Agnieszka Natorska
Dodaj komentarz